privace pisze:Do tego autentycznie chodzącą na baterie przywiezioną z DDR- nie lubiłam jej, bo stanowiła całość z wózkiem, który idąc pchała.
Moja była przywieziona ze Związku Radzieckiego

Była wzrostu baśki, może trochę wyższa, miała spodnie i bluzkę, które dzisiaj, z pamięci, zidentyfikowałabym jako strój chiński (koszula z charakterystyczną stójką, szerokie proste spodnie). Oczywiście nie dawała się rozebrać. Tułów był dość twardy, nogi i ręce - druty zakończone stopami i dłońmi.
A w wózku, zamiast dziecka (albo makulatury

), duża płaska bateria, której zdobycie było w tamtych latach nie lada wyczynem, więc lalka większość życia przestała na półce.
I, cholera jasna, nie mam pojęcia co się z nią stało...
Miałam też łunochod! Kosmiczny pojazd kształtem przypominający latający spodek, który wydawał jakieś dźwięki, migał światełkami i jeździł, zmieniając kierunek kiedy wjechał na przeszkodę. Uwielbiałam go, możliwe, że to on podkradał baterie z wózka
privace pisze:najukochańsze malutkie laleczki z kiosku ruchu, twardy plastik, z kończynami i głową na gumkach
Nawet sukienki im szyłam...
To była moja prawdziwa miłość, razem z przyjaciółką bawiłyśmy się przez kilka lat w "Małe laleczki", każda miała całe rodziny, meble to była zbieranina tego, co dawało się czasem kupić z tym, co same robiłyśmy z pudełek po zapałkach i różnych nakrętek i kartonu. W czasie wakacji bawiłyśmy się razem, potem lalki wracały z nami do miast. I zaczynała się wymiana korespondencji...
Jej lalkowa mama korespondowała z moją lalkową mamą.
Jej lalkowy tata korespondował z moim lalkowym tatą (rzadziej, chyba nie miałyśmy pomysłów na to, co mogą pisać do siebie dwaj lalkowie).
Jej lalkowe córki korespondowały z moimi lalkowymi córkami, każda z nas miała po dwie, więc każda pisała po dwa listy.
Listy były najpierw pisane w normalnej skali, do czytania, a potem tworzone na mikrokarteczkach i pakowane do mikrokopert. Z adresem i narysowanym znaczkiem.
A część tej korespondencji krążyła w czasach, kiedy istniała cenzura listów.
30 lat minęło, a ja do dzisiaj żałuję, że nie widziałam min cenzorów, zaglądających do miniaturowych kopert

Ale z podziwem przyznaję, że wszystkie listy doszły tam gdzie powinny, opatrzone stosowną pieczątką.